Hipnoza była dla mnie ostatnią deską ratunku. Nie poszedłem na nią dlatego, że chciałem spróbować czegoś ciekawego, modnego albo tajemniczego. Poszedłem, bo w pewnym momencie miałem już dość samego siebie, swojego napięcia, swoich reakcji i tego, że ciągle wracałem do tych samych miejsc, mimo że bardzo chciałem żyć inaczej.
Dziś mogę powiedzieć jedno: hipnoza naprawdę mi pomogła. Pomogła mi wyjść z bardzo toksycznej relacji z rodzicami. Pomogła mi odciąć się od układu, w którym przez lata czułem się winny, zależny i odpowiedzialny za emocje innych ludzi. Pomogła mi też zobaczyć coś dużo trudniejszego: że w moim małżeństwie problemem bardzo często nie była moja żona, tylko ja, moje reakcje, moje napięcie, mój sposób mówienia i moje schematy.
Ale największą zaletą hipnozy nie było dla mnie tylko to, że coś się „naprawiło”. Największą zaletą było to, że zacząłem widzieć swoje wady. Nie te wielkie, oczywiste, które widać dopiero po awanturze. Także te mniejsze, codzienne, ukryte w tonie głosu, w żartach, w dotyku, w odruchach, w potrzebie kontroli, w złości, w obrażaniu się, w tym wszystkim, co kiedyś nazywałem normalnością.
Nie szedłem po cud. Szedłem, bo nie umiałem już inaczej
Długo można sobie tłumaczyć, że „takie jest życie”, „taki mam charakter”, „każdy ma nerwy”, „u mnie w domu też tak było”. Problem w tym, że takie zdania przez jakiś czas pomagają przeżyć, ale później zaczynają usprawiedliwiać rzeczy, których nie powinno się już usprawiedliwiać.
Ja też przez lata miałem swoje wytłumaczenia. Miałem za sobą dzieciństwo, w którym było dużo napięcia, alkoholu, szacunku tylko w jedną stronę i takiego domowego prawa, w którym dziecko miało rozumieć dorosłych, ale jego samego nikt za bardzo nie próbował zrozumieć. W takim domu człowiek uczy się nie tyle życia, ile przetrwania. Uczy się wyczuwać nastroje, przewidywać wybuchy, milczeć wtedy, gdy chciałby coś powiedzieć, albo walczyć wtedy, gdy już nie potrafi wytrzymać.
Hipnoza nie była dla mnie zabawą. Była próbą dotarcia do czegoś, czego sam nie umiałem już rozplątać. Wcześniej widziałem skutki: nerwy, napięcie, konflikty, poczucie winy, trudność w relacjach. Ale nie widziałem całego mechanizmu. Dopiero w pracy z hipnozą zacząłem rozumieć, że wiele moich reakcji nie zaczynało się w danym dniu, w danej rozmowie czy w danej kłótni. One zaczynały się dużo wcześniej.
Właśnie o tym pisałem też w tekście:”Hipnoza a trauma z dzieciństwa. Dopiero wtedy zrozumiałem, co sterowało moim życiem”. Tamten moment był dla mnie jednym z pierwszych mocnych pęknięć. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się proste, ale dlatego, że po raz pierwszy zobaczyłem, że moje dorosłe reakcje mają korzenie w czymś, czego przez lata nie chciałem dotykać.
Najpierw zobaczyłem toksyczny układ z rodzicami
Jedną z najważniejszych rzeczy, które dała mi hipnoza, było zobaczenie relacji z rodzicami z innej perspektywy. Nie przez poczucie winy. Nie przez obowiązek. Nie przez zdanie: „rodzina to rodzina”. Tylko przez pytanie: co ta relacja naprawdę ze mną robi?
To nie było łatwe, bo toksyczna relacja z rodzicami rzadko wygląda w głowie człowieka jak coś prostego. Tam jest mieszanka wspomnień, pomocy, pretensji, zależności, lęku, wdzięczności, złości i wstydu. Człowiek może wiedzieć, że coś go niszczy, a jednocześnie dalej czuć, że to on przesadza. Może czuć, że został skrzywdzony, a i tak zastanawiać się, czy nie jest niewdzięczny.
Dopiero po czasie zacząłem rozumieć, że odcięcie się nie było moją fanaberią. Nie było buntem dla samego buntu. Było próbą uratowania siebie i własnego domu. Bo jeśli człowiek całe życie tkwi w układzie, w którym ma milczeć, dopasowywać się i brać winę na siebie, to potem przenosi ten układ dalej. Do małżeństwa. Do rodzicielstwa. Do pracy. Do każdej sytuacji, w której ktoś patrzy, ocenia, oczekuje albo wywołuje napięcie.
Dlatego tak ważny jest dla mnie tekst „Gdy próbujesz coś zmienić w rodzinie, a zostajesz uznany za problem”. Bo czasem człowiek naprawdę nie zostaje odrzucony dlatego, że zrobił coś złego. Zostaje odrzucony dlatego, że przestał pasować do roli, w której inni chcieli go trzymać.
Potem zobaczyłem, że problem był też we mnie
To był trudniejszy etap. Bo łatwiej jest zobaczyć krzywdę, którą wyrządzili nam inni, niż zobaczyć krzywdę, którą my zaczęliśmy wyrządzać dalej.
Hipnoza pomogła mi zobaczyć rodziców, dzieciństwo, stary lęk, napięcie i źródła moich reakcji. Ale gdybym zatrzymał się tylko na tym, mógłbym wpaść w bardzo wygodne miejsce: „ja taki jestem, bo mnie tak wychowano”. A to byłaby tylko kolejna ucieczka.
W pewnym momencie musiałem zobaczyć coś bardzo niewygodnego: to ja byłem problemem w wielu sytuacjach w moim małżeństwie. Nie moja żona. Nie jej reakcje. Nie jej emocje. Nie to, że czegoś ode mnie chciała. Tylko ja, który wchodziłem w rozmowę z napięciem, z gotowością do obrony, z tonem głosu, którego sam nie słyszałem, z przekonaniem, że muszę mieć rację albo kontrolę.
To jest jeden z najbardziej bolesnych momentów w pracy nad sobą: odkryć, że człowiek nie jest tylko ofiarą swojej historii. Jest też kimś, kto tę historię przenosi dalej.
Właśnie dlatego tak ważny jest dla mnie tekst „Dlaczego w stresie zamieniam się w mojego ojca?”. Bo ja naprawdę zacząłem widzieć, że w stresie potrafiłem reagować nie jak dorosły mąż i ojciec, tylko jak ktoś, kto powtarza stary dom. Ten sam ton. To samo napięcie. Ten sam brak cierpliwości. To samo przekonanie, że jeśli ja jestem zdenerwowany, to inni mają się dostosować.
To odkrycie nie było przyjemne. Ale było potrzebne.
Najbardziej przestraszyło mnie to, że córka zaczęła się mnie bać
W pewnym momencie zobaczyłem w oczach córki coś, czego sam bałem się całe życie. Zobaczyłem lęk dziecka przed ojcem.
To był dla mnie jeden z najważniejszych momentów. Nie dlatego, że wcześniej nie wiedziałem, że krzyczę. Wiedziałem. Nie dlatego, że nikt mi nie mówił. Żona mówiła. Córka też dawała sygnały. Ale człowiek potrafi nie widzieć nawet tego, co ma przed oczami, jeśli jego głowa cały czas tłumaczy mu: „przecież chcesz dobrze”, „przecież chodzi o porządek”, „przecież dziecko musi słuchać”.
Dopiero gdy naprawdę zobaczyłem jej strach, coś we mnie pękło. Bo znałem ten strach. Nie z teorii. Nie z książek. Z własnego dzieciństwa.
To był ten moment, w którym nie mogłem już udawać, że chodzi tylko o wychowanie, zasady albo nerwy. Zobaczyłem, że mogę stać się dla własnego dziecka kimś, kim mój ojciec był dla mnie. I to mnie przestraszyło bardziej niż cokolwiek wcześniej.
Dlatego tekst „Zobaczyłem w oczach córki to, czego bałem się całe życie” jest dla mnie tak osobisty. Bo nie chodzi w nim tylko o jedną scenę. Chodzi o moment, w którym człowiek przestaje się tłumaczyć i zaczyna widzieć konsekwencje swoich reakcji w oczach dziecka.
Moje życie naprawdę się poprawiło
Nie żałuję żadnej złotówki wydanej na terapię hipnozą. A uzbierało się tego kilka tysięcy. Dla kogoś z boku to może brzmieć jak dużo. Dla mnie to była jedna z najlepszych inwestycji w życiu.
Bo poprawiło się nie tylko coś „w głowie”. Poprawiły się relacje w domu. Poprawiło się moje podejście do żony. Poprawiło się to, jak szybciej zauważam swoje napięcie. Poprawiło się to, że nie szukam już automatycznie winy w drugim człowieku. Poprawiło się też zawodowo, bo kiedy człowiek przestaje żyć tylko w napięciu, obronie i wewnętrznym chaosie, ma więcej miejsca na normalne działanie.
Oczywiście nie stałem się kimś idealnym. I chyba właśnie o to chodzi. Hipnoza nie zrobiła ze mnie człowieka bez wad. Ona pomogła mi zobaczyć, że mam ich więcej, niż chciałem przyznać. Ale pierwszy raz nie odebrałem tego jako wyroku. Raczej jako szansę.
Bo wcześniej wada była dla mnie czymś, co trzeba ukryć, wyprzeć albo usprawiedliwić. Dziś coraz częściej widzę ją jako informację: tu jeszcze reaguję automatycznie, tu jeszcze bronię starego siebie, tu jeszcze próbuję kontrolować, tu jeszcze mylę stanowczość z napięciem, tu jeszcze robię coś, co może ranić.
Największa zmiana przyszła później
Na początku człowiek liczy na duży przełom. Chce odciąć się od toksycznej relacji, przestać cierpieć, naprawić małżeństwo, przestać krzyczeć, przestać żyć w ciągłym napięciu. I to jest zrozumiałe. Kiedy boli, człowiek chce ulgi.
Ale z czasem zacząłem widzieć, że największa zmiana nie polegała tylko na tym, że pewne rzeczy się uspokoiły. Największa zmiana polegała na tym, że zacząłem szybciej widzieć siebie.
Kiedyś widziałem głównie cudze zachowanie. Ktoś coś powiedział. Ktoś mnie zdenerwował. Ktoś nie zrobił tak, jak trzeba. Ktoś mnie nie zrozumiał. Ktoś przesadził. Ktoś mnie sprowokował.
Dziś coraz częściej łapię się na czymś innym: „czekaj, a co ja teraz robię?”, „dlaczego tak reaguję?”, „czy ja naprawdę odpowiadam na sytuację, czy na stare napięcie?”, „czy mój ton nie jest już tym tonem, którego sam kiedyś nienawidziłem?”.
To nie zawsze jest wygodne. Czasem jest bardzo niewygodne. Ale jest uczciwe.
Zacząłem widzieć wady, które wcześniej nazywałem normalnością
Największy problem z wadami polega na tym, że wiele z nich przez lata nie wygląda jak wady. Wyglądają jak charakter. Jak temperament. Jak zasady. Jak „normalne” zachowanie. Jak coś, co wyniosło się z domu i czego człowiek nawet nie kwestionuje.
Można być szorstkim i mówić: „ja po prostu jestem konkretny”. Można kontrolować i mówić: „ja tylko chcę, żeby było dobrze”. Można krzyczeć i mówić: „inaczej nikt mnie nie słucha”. Można ranić żartem i mówić: „przecież to tylko żart”. Można przekraczać czyjeś granice i mówić: „nie przesadzaj”.
Dopiero kiedy zaczynasz widzieć siebie naprawdę, te zdania przestają działać. Już nie dają takiej ulgi. Już nie zamykają tematu. Już nie pozwalają odwrócić wzroku.
I właśnie to uważam za jedną z największych zalet hipnozy. Ona nie tylko pomogła mi przeżyć kilka mocnych momentów z przeszłości. Ona otworzyła we mnie pewien rodzaj czujności na samego siebie. Nie takiej chorej, która tylko oskarża i dobija. Bardziej takiej, która pyta: „czy to naprawdę jest moje dorosłe zachowanie, czy tylko stary schemat?”.
To łączy się mocno z tekstem „Taki już jestem” – najwygodniejsze kłamstwo o sobie. Bo bardzo łatwo jest pomylić charakter z reakcją obronną. Bardzo łatwo powiedzieć: „taki jestem”, kiedy prawda brzmi raczej: „tak nauczyłem się przetrwać”.
Dotyk, łaskotki i małe rzeczy, które przestają być małe
Po czasie zacząłem zauważać nie tylko wielkie rzeczy. Nie tylko awantury, krzyk, napięcie czy rodzinne odcięcie. Zacząłem widzieć też sprawy, które kiedyś mogły wydawać mi się drobiazgami.
Na przykład dotyk. Albo łaskotki. Albo zabawa, w której dorosły uważa, że wszystko jest w porządku, bo dziecko się śmieje.
Dziś coraz bardziej widzę, że śmiech nie zawsze oznacza zgodę. Że dziecko może się śmiać, bo nie umie inaczej zareagować. Że ktoś może nie chcieć dotyku, nawet jeśli dla mnie wydaje się on niewinny. Że bliskość bez uważności też może być przekroczeniem. Że to, co dorosły nazywa zabawą, dla dziecka może być napięciem, bezradnością albo sygnałem: „moje nie nie działa”.
I to jest właśnie przykład tej zmiany, o której piszę. Hipnoza nie sprawiła tylko, że zobaczyłem wielkie dramaty. Ona pomogła mi stać się bardziej wyczulonym na rzeczy mniejsze, codzienne, łatwe do zlekceważenia.
Tutaj ważny będzie tekst o dotyku i łaskotkach: „Dotyk, którego nie potrafiłem znieść”.. Bo to dokładnie ten rodzaj tematu, którego kiedyś można nie widzieć, a po czasie zrozumieć, że granice człowieka zaczynają się dużo wcześniej niż przy wielkiej krzywdzie.
Autohipnoza pomaga mi widzieć kolejne warstwy
Cały czas uczę się też autohipnozy. I im dłużej to robię, tym bardziej widzę, że to nie jest tylko technika do jednego problemu. To raczej sposób zaglądania głębiej w siebie, kiedy pojawia się jakiś schemat, reakcja albo napięcie, którego nie chcę już zbyć zwykłym „trudno, taki jestem”.
Czasem autohipnoza pomaga mi bardzo konkretnie. Widzę jakiś problem, pracuję z nim i po czasie zauważam zmianę w zachowaniu. Może nie zawsze wielką i spektakularną, ale wystarczająco widoczną, żeby poczuć: coś się przesunęło.
Czasem jednak jest inaczej. Wracam do podobnego tematu kilka razy. Za pierwszym razem wychodzi najmocniejsze wspomnienie, najmocniejszy obraz, najmocniejsza emocja. Człowiek czuje, że dotknął czegoś ważnego. A potem, gdy pracuje z tym ponownie, pojawiają się rzeczy mniejsze. Mniej dramatyczne. Mniej oczywiste. Ale nadal potrzebne.
Kiedyś mógłbym pomyśleć: „czyli to nie zadziałało, skoro muszę wracać”. Dziś widzę to inaczej. Czasem człowiek nie ma jednego problemu, tylko warstwy. Najpierw jest wielki ciężar. Potem mniejsze reakcje. Potem codzienne odruchy. Potem ton głosu. Potem sposób, w jaki patrzy na siebie, żonę, dziecko, pracę, pieniądze, bliskość, odpoczynek.
To nie znaczy, że wszystko jest zepsute. To znaczy, że zaczynam widzieć więcej.
Najłatwiej pracuje mi się wtedy, gdy coś zawalę
Zauważyłem też coś bardzo konkretnego. Najlepszy moment na hipnozę albo autohipnozę przychodzi często wtedy, gdy znowu coś „odwalę”. Gdy powiem coś nie tak. Gdy zareaguję za ostro. Gdy zobaczę, że to była moja wina. Gdy przyjdzie żal, wstyd albo poczucie, że przecież nie tak chcę żyć.
Wtedy łatwiej wejść głębiej. Bo emocja jest świeża. Nie trzeba jej udawać. Nie trzeba szukać problemu na siłę. On właśnie leży przede mną. W mojej reakcji. W moich słowach. W czyimś spojrzeniu. W ciszy po rozmowie.
To nie jest przyjemne, ale jest prawdziwe. I chyba dlatego wtedy najłatwiej pracować. Bo człowiek nie buduje już obrony. Nie mówi: „przesadzacie”. Nie mówi: „to nie moja wina”. Nie mówi: „miałem prawo”. Tylko czuje, że naprawdę chce zrozumieć, dlaczego znowu zrobił coś, czego później żałuje.
W takich momentach bardzo łatwo pojawia się też poczucie winy. Ale dziś coraz częściej widzę, że wina nie zawsze musi człowieka niszczyć. Czasem może być sygnałem, że coś ważnego domaga się zmiany. Ważne tylko, żeby nie zostać w samym biciu się po głowie, ale zrobić z tego odpowiedzialność.
Dlatego pasuje tu tekst „Dlaczego po postawieniu granicy czujesz się jak zły człowiek?”. Bo poczucie winy potrafi być mylące. Czasem zatrzymuje człowieka w starym schemacie, a czasem pokazuje, że właśnie dotknął czegoś, czego nie chce już powtarzać.
Gdy długo jest spokojnie, trudniej zobaczyć, co jeszcze wymaga pracy
Jest też druga strona. Kiedy przez dłuższy czas wszystko jest normalnie, spokojnie, bez większych awantur i bez mocnych błędów, trudniej mi się skupić na pracy nad sobą. Trudniej wejść w emocję. Trudniej znaleźć ten jeden punkt, który domaga się zmiany. Jakby głowa mówiła: „po co teraz ruszać, skoro jest dobrze?”.
I z jednej strony to jest zrozumiałe. Człowiek nie musi ciągle grzebać w sobie. Nie musi codziennie znajdować kolejnego problemu. Nie każda cisza oznacza wyparcie. Czasem spokój naprawdę jest spokojem.
Ale z drugiej strony widzę, że dobrze byłoby nie czekać zawsze na kolejny błąd. Bo jeśli pracuję nad sobą tylko wtedy, gdy coś zawalę, to znaczy, że moim nauczycielem nadal musi być kryzys. A ja chciałbym uczyć się też w spokojniejszych momentach. Nie tylko wtedy, gdy już kogoś zranię albo sam poczuję wstyd.
To jest dla mnie kolejny etap. Nie naprawianie siebie z paniki. Nie szukanie na siłę kolejnej wady. Raczej spokojne zauważanie: co jeszcze mogę robić lepiej, zanim życie znowu pokaże mi to w bolesny sposób?
Nie chodzi o to, żeby ciągle się oskarżać
Kiedy człowiek zaczyna widzieć swoje wady, może łatwo przesadzić w drugą stronę. Może zacząć widzieć problem wszędzie. Może analizować każdy gest, każde słowo, każdy ton. Może wejść w tryb ciągłego skanowania siebie: czy już jestem dobry, czy jeszcze nie, czy znowu coś ze mną nie tak?
Tego też trzeba pilnować. Bo celem nie jest życie w ciągłym oskarżaniu siebie. Celem jest większa odpowiedzialność, ale bez zamieniania pracy nad sobą w karę.
Dla mnie różnica jest prosta. Kiedy się oskarżam, stoję w miejscu. Kręcę się wokół winy, wstydu i myśli, że jestem zły. Kiedy biorę odpowiedzialność, widzę konkretną rzecz, którą mogę zmienić. Nie całego siebie jako problem. Tylko zachowanie, reakcję, schemat, odruch.
To bardzo ważne, bo po trudnym dzieciństwie człowiek może łatwo przejść z jednego więzienia do drugiego. Najpierw żyje w przekonaniu, że winni są wszyscy inni. Potem, gdy zobaczy swoje błędy, może uznać, że winny jest już tylko on. A prawda jest bardziej dojrzała: byłem skrzywdzony, ale też mogłem krzywdzić. Miałem powody, ale mam też odpowiedzialność. Nie wybrałem wszystkiego, co mnie ukształtowało, ale dziś mogę wybierać, co z tym zrobię.
Nie żałuję żadnej złotówki wydanej na hipnozę
Gdybym miał dziś spojrzeć na pieniądze wydane na terapię hipnozą, nie żałuję żadnej złotówki. Naprawdę. Nawet jeśli uzbierało się tego kilka tysięcy.
Bo co miałbym porównywać? Kilka tysięcy do spokojniejszego domu? Do lepszej relacji z żoną? Do tego, że szybciej widzę swoje reakcje? Do tego, że córka ma większą szansę pamiętać mnie inaczej niż ja pamiętałem własnego ojca? Do tego, że zawodowo też funkcjonuję lepiej, bo mniej energii idzie na wewnętrzną walkę, napięcie i chaos?
Dla mnie to nie była strata. To była cena za dostęp do czegoś, czego wcześniej nie umiałem zobaczyć sam.
Oczywiście sama hipnoza nie zwalnia z życia. Nie wystarczy położyć się, przepracować wspomnienie i wrócić jako idealny człowiek. Prawdziwa zmiana dzieje się później: w rozmowie z żoną, gdy można odpowiedzieć inaczej; przy dziecku, gdy można zatrzymać ton głosu; w pracy, gdy można nie reagować starym napięciem; przy sobie samym, gdy można zobaczyć wadę bez uciekania i bez niszczenia siebie.
Dziś największą zaletą hipnozy jest to, że szybciej widzę siebie
Kiedyś dużo szybciej widziałem cudzą winę. Dziś coraz szybciej widzę swój udział. To czasem boli, ale daje wolność.
Bo jeśli problem jest zawsze tylko w innych, to ja mogę co najwyżej czekać, aż inni się zmienią. A jeśli zaczynam widzieć siebie, swoje wady, swoje schematy i swoje reakcje, to pojawia się coś, czego wcześniej bardzo mi brakowało: wpływ.
Nie wpływ na wszystko. Nie kontrola nad światem. Nie magiczne naprawienie życia. Ale wpływ na to, jak odpowiadam. Jak mówię. Jak dotykam. Jak żartuję. Jak przepraszam. Jak zatrzymuję się w pół zdania. Jak widzę strach dziecka, zanim znowu nazwę go nieposłuszeństwem. Jak widzę zmęczenie żony, zanim uznam je za atak na siebie.
I właśnie dlatego uważam, że największą zaletą hipnozy było dla mnie zobaczenie własnych wad. Bo dopóki ich nie widziałem, one rządziły mną po cichu. A kiedy zacząłem je widzieć, pojawiła się szansa, żeby przestały rządzić moim domem.


