Strona główna →

Hipnoza a trauma z dzieciństwa. Dopiero wtedy zrozumiałem, co sterowało moim życiem

Mężczyzna siedzi w fotelu terapeutycznym – hipnoza a trauma z dzieciństwa i bolesne wspomnienia z domu

Hipnoza a trauma z dzieciństwa to coś więcej niż zwykłe wspomnienie

Długo myślałem, że moje problemy biorą się z tego, jaki po prostu jestem.

Że mam trudny charakter. Że za mocno reaguję. Że za długo trzymam w sobie napięcie, a potem albo wybucham, albo zamieram. Że w relacjach coś się we mnie zacina. Że kiedy robi się bliżej, ciaśniej, bardziej prawdziwie — zamiast ulgi pojawia się niepokój. I nawet jeśli z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie, to we mnie normalnie nie było od dawna.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że człowiek przez lata zaczyna uznawać własne cierpienie za swój charakter. Już nie mówi sobie: „coś mnie zniszczyło”, tylko: „taki jestem”. A to robi ogromną różnicę. Bo jeśli uznasz, że to twoja natura, to przestajesz wierzyć, że da się coś zmienić.

Ja też długo tak myślałem.

Wiedziałem, że dzieciństwo zostawiło we mnie ślad. Wiedziałem, że dom nie był miejscem, w którym człowiek czuł się bezpiecznie. Wiedziałem, że napięcie, czujność i życie pod cudzy nastrój weszły mi za głęboko. Ale wiedzieć coś głową, a naprawdę zobaczyć, jak to działa w twoim dorosłym życiu, to są dwie różne rzeczy.

Przez długi czas próbowałem rozumieć siebie na zwykłym poziomie: analizować, czytać, składać fakty. I to oczywiście coś dawało. Człowiek zaczynał widzieć mechanizmy. Łapał, że niektóre reakcje nie są przypadkiem. Że pewne napięcia nie biorą się z teraźniejszości, tylko z dużo starszego miejsca. Bardzo mocno czułem to zwłaszcza przy tekstach o dzieciństwie i o tym, jak dom ustawia człowiekowi późniejsze relacje. Ten sam ciężar jest przecież w artykule Szacunek jednokierunkowy: gdy dziecko ma ‘szanować’, a jego nikt. Tam też chodzi o coś, co na początku wygląda jak zwykła historia z domu, a później okazuje się systemem sterowania, który człowiek nosi w sobie jeszcze długo po wyjściu z tamtego świata.

Dlaczego samo rozumienie schematów czasem już nie wystarcza

Tylko że u mnie samo rozumienie przestało wystarczać.

Bo można przez lata wiedzieć, że ma się schemat. Można nawet umieć go nazwać. A mimo to dalej mu ulegać. Dalej reagować tak, jakby w środku siedziało coś szybszego od ciebie. Coś, co odpala się przed myślą. Przed rozsądkiem. Przed decyzją. I właśnie wtedy zaczęło do mnie docierać, że problem może nie leżeć na poziomie świadomego myślenia, tylko dużo głębiej.

Na początku słowo „hipnoza” nie brzmiało dla mnie poważnie.

Bardziej kojarzyło się z czymś dziwnym, trochę podejrzanym, trochę z innego świata. Z czymś, co może robi wrażenie, ale niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego z prawdziwym cierpieniem człowieka. Miałem wobec tego dystans. Nieufność. Chyba nawet wewnętrzny opór, bo jeżeli coś ma dotykać tego, co siedzi najgłębiej, to naturalne jest, że człowiek się przed tym broni.

Ale z czasem zacząłem rozumieć to inaczej.

Nie jako magiczną metodę. Nie jako sztuczkę. Tylko jako próbę dotarcia tam, gdzie zwykła rozmowa już nie sięga. Do miejsca, w którym nie siedzą same wspomnienia, tylko zapisane reakcje. Schematy. Znaczenia nadane wydarzeniom, kiedy było się za małym, żeby je udźwignąć. Tyle że ten mały człowiek coś sobie wtedy poukładał, żeby przetrwać. I te układy nie znikają tylko dlatego, że dorosłeś.

One dalej działają.

Dalej sterują tym, co czujesz w konflikcie. Jak reagujesz na odrzucenie. Dlaczego w jednej chwili jesteś spokojny, a w drugiej zachowujesz się tak, jakby ktoś właśnie nacisnął w tobie stary alarm. Coraz mocniej widziałem, że moje dorosłe życie w wielu momentach nie było prowadzone przeze mnie, tylko przez dawne ustawienia. Jakby podświadomość cały czas uznawała stare zagrożenia za aktualne. Jakby do dziś nie dostała informacji, że tamten świat już się skończył.

To było jednocześnie logiczne i przerażające.

Logiczne, bo nagle wiele rzeczy zaczynało się układać. Przerażające, bo jeśli naprawdę tak to działa, to znaczy, że przez lata nie walczyłem tylko z nastrojem, charakterem czy pechem. Walczyłem z czymś dużo bardziej podstawowym — z wewnętrznym sterowaniem, które powstało wtedy, gdy nie miałem żadnego wpływu na to, co się ze mną dzieje.

I właśnie dlatego hipnoza zaczęła przestawać być dla mnie „dziwną metodą”, a zaczęła wyglądać jak być może jedyna droga, żeby dotknąć źródła zamiast całe życie szarpać się ze skutkami.

Co zobaczyłem podczas terapii hipnozą

Pierwszy raz naprawdę poczułem to już na fotelu.

Nie od razu jako wielkie olśnienie. Bardziej jako wejście w coś, czego nie da się porównać do zwykłego myślenia. Nie straciłem świadomości. Nie byłem „nieobecny”. To nie wyglądało tak, jak ludziom się czasem wydaje. Bardziej tak, jakby ktoś odsunął na bok codzienny hałas i pozwolił zobaczyć to, co i tak od dawna siedziało we mnie, tylko było przykryte.

I wtedy zobaczyłem ojca.

Pijanego.

Nie jako luźne wspomnienie. Nie jako obrazek, który człowiek sobie sam wywołuje. To było bardziej jak wejście w scenę, która przez lata działała we mnie z ukrycia, a teraz nagle stanęła przede mną cała. Żywa. Ciężka. Nieruchoma w tym swoim znaczeniu. I najgorsze było chyba to, że w tej chwili zacząłem rozumieć, że to nie jest tylko jedna scena z przeszłości. To jest coś, co do dziś mówi mojemu ciału, jak ma reagować. Komu ufać. Kiedy się bać. Kiedy zamilknąć. Kiedy się spiąć. Kiedy poczuć, że zaraz stanie się coś złego.

Bardzo podobny mechanizm jest też w tekście Dlaczego w stresie zamieniam się w mojego ojca. Bo człowiekowi długo wydaje się, że reaguje „teraz”, a tak naprawdę w wielu chwilach odpowiada starym światem na obecną rzeczywistość.

Na tym fotelu po raz pierwszy poczułem to nie jako teorię, tylko jako prawdę o sobie.

I wtedy pękłem.

Bo nagle zobaczyć, że jedna scena może tak długo rządzić całym dorosłym życiem, to nie jest ulga. To jest najpierw cios.

Trauma z dzieciństwa może dalej sterować dorosłym życiem

Kiedy już to zobaczyłem, nie chodziło tylko o sam obraz.

Najmocniejsze było to, że mogłem tej scenie wreszcie przyjrzeć się inaczej niż kiedyś. Nie z miejsca dziecka, które jest za małe, za słabe i całkowicie zależne od tego, co dzieje się w domu. Tylko z boku. Z dystansu. Z kimś obok, kto nie odwraca wzroku, nie umniejsza, nie mówi, że „tak bywało”. I chyba pierwszy raz w życiu nie byłem zamknięty w tej scenie, tylko mogłem ją naprawdę zobaczyć.

To zrobiło mi w głowie coś, czego wcześniej nie potrafiłem osiągnąć samym rozumieniem.

Bo kiedy człowiek nosi takie rzeczy latami, one przestają być wspomnieniem. Zaczynają być prawem. Wewnętrzną zasadą. Czymś, co nie brzmi w głowie jak zdanie, tylko działa jak automatyczny rozkaz. U mnie to nie było przecież tylko „ojciec był pijany”. Prawdziwy zapis był dużo głębszy: że nie ma bezpieczeństwa, że trzeba być czujnym, że w każdej chwili sytuacja może się zmienić, że spokój jest chwilowy, że nie można się rozluźnić, że trzeba obserwować twarze, głos, ruchy, napięcie w powietrzu.

I najgorsze jest to, że później człowiek przestaje widzieć, że to stary program.

Zaczyna myśleć, że taki po prostu jest. Że po prostu za bardzo się spina. Że za bardzo analizuje. Że źle reaguje w relacjach. Że nie potrafi odpocząć, ufać, odpuszczać. A tymczasem jego ciało i psychika dalej żyją według zasad ustalonych wiele lat wcześniej. Bardzo mocno czułem, że to łączy się też z tym, o czym jest tekst Dlaczego nie umiesz odpocząć? Tryb czuwania. Bo to nie jest zwykłe zmęczenie ani cecha charakteru. To jest życie w środku ustawione tak, jakby zagrożenie nigdy się nie skończyło.

Właśnie dlatego tak mocne było to, że razem z terapeutą mogłem wejść w znaczenie tej sceny, a nie tylko w sam obraz.

To nie polegało na udawaniu, że nic się nie stało. Nie na wybielaniu przeszłości. Nie na wmówieniu sobie czegoś ładniejszego. Raczej na oddzieleniu tego, co naprawdę się wydarzyło, od tego, co wtedy zapisało się we mnie jako „prawda o świecie i o mnie samym”. Bo dziecko nie analizuje sytuacji tak jak dorosły. Dziecko chłonie. Łączy fakty z lękiem. Nadaje znaczenie temu, czego nie rozumie. I później przez lata żyje tak, jakby to znaczenie było obiektywną rzeczywistością.

A przecież nie było.

To, że ojciec był pijany, nie znaczyło, że ja muszę całe życie żyć w alarmie. To, że wtedy byłem bezradny, nie znaczyło, że dziś też jestem bezradny. To, że wtedy naprawdę coś mnie przerastało, nie znaczyło, że każda trudna sytuacja teraz jest powtórką tamtego zagrożenia. I chyba właśnie to było dla mnie najmocniejsze — zobaczyć, że można zmienić nie przeszłość, tylko jej aktualne sterowanie we mnie.

Ulga po zobaczeniu źródła nie kończy całego procesu

Pierwszy raz poczułem, że ta scena nie musi dalej rządzić moją teraźniejszością.

To było niesamowite uczucie. Z jednej strony ulga. Nawet szczęście. Bo nagle coś, co przez lata było we mnie jak niewidzialny system dowodzenia, zaczynało puszczać. Jakby stary zapis wreszcie przestał być jedyną obowiązującą wersją świata. Jakby organizm dostał nową informację: to się wydarzyło, to było ciężkie, ale to nie dzieje się teraz.

Z drugiej strony razem z ulgą przyszło przerażenie.

Bo skoro jedna scena mogła tak bardzo rządzić moim zachowaniem, to ile jeszcze takich scen siedzi głębiej? Ile reakcji, które uważałem za swoje, wcale nie było moje, tylko były dawną obroną? Ile relacji popsułem, ile decyzji podjąłem z lęku, ile razy uciekałem, zamierałem albo walczyłem nie z tym, co jest, tylko z tym, co kiedyś zostało we mnie zapisane?

To był chyba jeden z najbardziej gorzkich momentów w całym tym procesie.

Bo terapia dała mi nadzieję, ale jednocześnie odebrała prostą iluzję, że wystarczy naprawić jedną rzecz i będzie po wszystkim. Z czasem zacząłem widzieć kolejne sceny. Czasem z pozoru mniejsze. Teoretycznie mniej ważne. Bez wielkiego dramatu, bez jednego konkretnego wybuchu, bez tak oczywistego ciężaru. A mimo to to właśnie one okazywały się czasem bardzo głęboko wbite w moje reakcje, w moje napięcie, w moje poczucie winy, w sposób patrzenia na siebie i ludzi.

I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze trudniejszego.

Że człowiek prawdopodobnie nigdy nie „naprawi wszystkiego”.

Nie wróci do jakiegoś idealnego punktu, w którym nic go już nie rusza, nic nie boli, nic się nie odpala. Nie wymaże całej przeszłości. Nie stanie się kimś całkowicie nowym. Na początku to było dla mnie przykre, bo jednak jakaś część człowieka zawsze marzy o pełnym końcu problemu. O tym, że pewnego dnia wszystko po prostu zniknie.

Najważniejsze nie jest wymazać przeszłość, tylko rozpoznać stare sterowanie

Ale dziś patrzę na to trochę inaczej.

Nie jak na porażkę, tylko jak na prawdę o tym, jak głęboko działa dzieciństwo. Te schematy nie są przecież pojedynczym błędem do wykasowania. To lata życia, odruchów, napięć, znaczeń. To całe wewnętrzne ustawienie człowieka. I może właśnie dlatego najważniejsze nie jest już dla mnie to, żeby dojść do jakiejś idealnej wersji siebie, tylko żeby coraz lepiej rozumieć, co mną steruje i coraz częściej nie oddawać temu pełnej władzy.

To zmienia bardzo dużo.

Bo kiedy rozumiesz mechanizm, nie jesteś już wobec niego całkowicie ślepy. Nadal możesz czuć lęk, napięcie, impuls, starą reakcję. Ale zaczynasz widzieć, skąd to idzie. Zaczynasz odróżniać teraźniejszość od dawnego alarmu. Zaczynasz łapać moment, w którym nie reaguje dorosły ty, tylko ten stary zapis. I nawet jeśli nie wygrywasz z tym zawsze, to już nie jesteś wobec tego bezbronny.

Bardzo blisko jest temu do tekstu Gdy po alkoholu włączał się ‘inny ojciec’: szacunek jednokierunkowy w domu. Bo tam też nie chodzi tylko o samą historię z domu, ale o to, co ona robi później z człowiekiem: jak ustawia jego czujność, jak niszczy poczucie bezpieczeństwa, jak zostaje w nim na długo po tym, jak sam dom formalnie już minął.

Dlatego dziś nie patrzę na hipnozę jak na cud.

Patrzę na nią jak na narzędzie, które pokazało mi prawdę, do której wcześniej nie mogłem dojść w pełni samym myśleniem. Pokazało mi, że podświadomość nie jest żadną abstrakcją, tylko realnym miejscem, w którym dalej żyją stare znaczenia. I że jeśli te znaczenia były budowane w bólu, lęku i chaosie, to będą później sterować życiem tak długo, aż człowiek naprawdę do nich dotrze.

To było bolesne odkrycie, ale potrzebne.

Bo dopiero wtedy zrozumiałem, że ja nie jestem „zepsuty”. Że wiele rzeczy, które uważałem za swój charakter, było po prostu dawnym przystosowaniem do nienormalnych warunków. I że powrót do normalności nie polega na tym, żeby udawać, że nic się nie stało, tylko żeby coraz lepiej rozpoznawać stare sterowanie i uczyć się żyć już nie z jego poziomu, tylko z własnego.

P.A.WELLES