Strona główna →

Nie chcę być toksykiem w swoim małżeństwie. A mimo to nim jestem.

nie chcę być toksykiem w małżeństwie, mężczyzna siedzący samotnie przy stole po kłótni

Nie chodzi o to, że nie wiem, kim chcę być.

Wiem bardzo dobrze.

  • Nie chcę być toksykiem.
  • Nie chcę być mężczyzną, który rani.
  • Nie chcę krzyczeć, poniżać, zamrażać ciszą.
  • Nie chcę kontrolować, mieć zawsze racji i ustawiać drugiej osoby pod sobą.

A jednak w chwilach napięcia robię dokładnie to.

I najgorsze w tym nie jest nawet to, że to się zdarza.

Najgorsze jest to, że dzieje się automatycznie.

Jakby coś we mnie przejmowało ster. Jakby człowiek, którym chcę być, nagle znikał, a na jego miejsce wchodził ktoś twardy, zimny, nieprzyjemny, przekonany, że musi wygrać rozmowę za wszelką cenę.

Potem przychodzi cisza.

I dopiero wtedy zaczyna docierać, co się stało.

  • Ton głosu.
  • Spojrzenie.
  • Słowa, których nie da się cofnąć.
  • Chłód, którym można ukarać drugą osobę bez podnoszenia ręki.

I ta myśl, która wraca jak wyrok:

Znowu to zrobiłem.

Nie chcę być toksykiem, ale w stresie wchodzę w stary tryb

Toksyczność w małżeństwie rzadko zaczyna się od planu.

  • Nie ma rano decyzji: dzisiaj będę ranił.
  • Nie ma świadomego zamiaru: teraz ją poniżę.
  • Nie ma myśli: zaraz przejmę kontrolę nad rozmową.

Częściej zaczyna się od napięcia.

  • Od zmęczenia.
  • Od przeciążenia.
  • Od poczucia, że coś wymyka się spod kontroli.
  • Od jednej odpowiedzi, która zostaje odebrana jak atak.
  • Od sprzeciwu, który w normalnej relacji powinien być częścią rozmowy, a we mnie uruchamia alarm.

Wtedy coś się przestawia.

  • Głos robi się ostrzejszy.
  • Twarz twardnieje.
  • Ciało napina się tak, jakby miało bronić się przed zagrożeniem.
  • A przecież przede mną nie stoi wróg.

Stoi osoba, którą kocham.

I właśnie to jest najtrudniejsze do przyjęcia.

Bo łatwiej byłoby powiedzieć, że nie wiedziałem. Że nie rozumiałem. Że nie miałem świadomości.

Ale ja wiem.

  • Wiem, że to niszczy relację.
  • Wiem, że druga strona cierpi.
  • Wiem, że obietnice „to był ostatni raz” z czasem brzmią coraz bardziej pusto.
  • Wiem, że przeprosiny nie naprawiają wszystkiego, jeśli po nich wraca ten sam schemat.

A mimo tej wiedzy w chwili napięcia ona znika.

Nie dlatego, że przestaję kochać.

Dlatego, że uruchamia się tryb, który jest szybszy niż refleksja.

To nie wygląda jak „zło”

Przez długi czas myślałem o toksyczności zbyt prosto.

Toksyczny człowiek kojarzył mi się z kimś, kto wie, co robi. Z kimś zimnym, wyrachowanym, celowo okrutnym. Z kimś, kto chce niszczyć.

A to było wygodne myślenie.

Bo jeśli toksyk to potwór, to ja mogłem długo mówić sobie: nie, to nie ja. Ja przecież żałuję. Ja przecież nie chcę. Ja przecież potem mam wyrzuty sumienia.

Tylko że wyrzuty sumienia nie cofają skutków.

Można nie chcieć być toksykiem i jednocześnie zachowywać się toksycznie.

  • Można kochać i ranić.
  • Można żałować i powtarzać.
  • Można mieć dobre intencje, ale w napięciu działać z poziomu starego schematu.

To nie jest usprawiedliwienie.

To jest dopiero początek odpowiedzialności.

Bo jeżeli wszystko sprowadzę do tego, że „nie chciałem”, to mogę przez lata stać w miejscu. Mogę przepraszać, obiecywać, mieć wyrzuty sumienia i nadal robić dokładnie to samo.

Dopiero kiedy widzę mechanizm, przestaję udawać, że sama dobra wola wystarczy.

Skąd bierze się toksyczny tryb w małżeństwie

Ten mechanizm nie wziął się znikąd.

W moim domu nie uczono mnie rozmowy w konflikcie.

Uczono mnie hierarchii.

Ojciec nie zawsze był tyranem. Bywał normalny. Potrafił funkcjonować zwyczajnie, czasem nawet spokojnie. Ale w momentach napięcia następowało przełączenie.

  • Po alkoholu.
  • Przy sprzeciwie.
  • Przy podważeniu jego racji.
  • Przy sytuacji, w której ktoś nie zachowywał się tak, jak on oczekiwał.

Wtedy jego racja była jedyną dopuszczalną.

  • Sprzeciw nie był rozmową.
  • Sprzeciw był zagrożeniem.
  • Inne zdanie nie było innym zdaniem.
  • Było brakiem szacunku.

Dziecko nie analizuje wtedy mechanizmów. Dziecko chłonie układ sił.

  • Uczy się, kto może mówić mocniej.
  • Kto ma ostatnie słowo.
  • Kto może się obrazić.
  • Kto może podnieść głos.
  • Kto musi się wycofać, żeby w domu znowu było „normalnie”.

I nawet jeśli później człowiek obiecuje sobie, że nigdy taki nie będzie, ciało zna już ten język.

  • Zna napięcie.
  • Zna walkę o kontrolę.
  • Zna przekonanie, że jeśli nie wygrasz rozmowy, to przegrasz siebie.

Ten sam mechanizm opisałem szerzej w tekście Gdy po alkoholu włączał się „inny ojciec”: szacunek jednokierunkowy w domu.

Rola matki, której długo nie widziałem

Jest jeszcze jeden element, znacznie trudniejszy do przyjęcia.

Moja matka była często krytykowana i poniżana. A ja widziałem, że po krótkim czasie wszystko wracało do „normalności”.

  • Nie widziałem, żeby się postawiła.
  • Nie widziałem, żeby stawiała granice.
  • Nie widziałem, żeby domagała się szacunku tak, jak ojciec domagał się go od wszystkich.

Konflikt znikał bez konsekwencji.

Jakby nigdy go nie było.

Dla dziecka to nie jest neutralna scena.

To lekcja.

Uczy się wtedy dwóch rzeczy naraz.

Że mężczyzna może ranić, a dom i tak ma wrócić do normy.
Że kobieta ma wytrzymać, przeczekać, uspokoić sytuację i nie robić z tego większej sprawy.

Nie jako teoria.

Jako codzienność.

I dopiero po latach można zobaczyć coś bardzo niewygodnego: że człowiek nie tylko bał się ojca, ale też nieświadomie przejął część jego pozycji.

Nie chciałem być taki jak on.

A jednak w konflikcie czasem korzystałem z tego samego modelu.

  • Ja mówię mocniej.
  • Ja zamykam rozmowę.
  • Ja decyduję, kiedy temat się kończy.
  • Ja oczekuję, że druga osoba po wszystkim wróci do normalności.

To jest właśnie szacunek jednokierunkowy przeniesiony z domu rodzinnego do małżeństwa.

Ten fundament opisałem w tekście Szacunek jednokierunkowy: gdy dziecko ma „szanować”, a jego nikt.

Jak ten schemat wchodzi w relację

Dopiero po czasie zobaczyłem, że wcale nie oczekiwałem tylko miłości.

Oczekiwałem też podporządkowania.

Nie tak wprost. Nie takim językiem. Nie świadomie.

Ale mechanizm był dokładnie taki.

  • Chciałem, żeby żona mnie rozumiała, ale sam często nie chciałem przyjąć jej perspektywy.
  • Chciałem, żeby nie podnosiła napięcia, ale sam je podnosiłem.
  • Chciałem, żeby po konflikcie wracała do normalności, jakby nic się nie stało.
  • Chciałem przebaczenia, ale nie zawsze brałem odpowiedzialność za zmianę.

Najbardziej bolało to, że sprzeciw z jej strony odbierałem jak atak.

  • Nie jak granicę.
  • Nie jak informację.
  • Nie jak próbę ochronienia siebie.

Jak zagrożenie.

A jeśli sprzeciw oznacza zagrożenie, to ciało robi to, czego nauczyło się dawno temu.

  • Broni pozycji.
  • Usztywnia się.
  • Atakuje.
  • Kontroluje.
  • Zamyka kontakt.

Wtedy małżeństwo przestaje być miejscem spotkania, a zaczyna przypominać pole walki o rację.

Tylko że w zdrowej relacji nie chodzi o to, kto wygra.

Bo jeśli ja wygrywam każdą kłótnię kosztem bliskości, to tak naprawdę przegrywam związek.

Dlaczego obietnice nie działają

Po konflikcie wszystko wygląda inaczej.

  • Pojawia się wstyd.
  • Poczucie winy.
  • Zmęczenie sobą.
  • Autentyczna chęć zmiany.

Wtedy łatwo powiedzieć:

  • To był ostatni raz.
  • Już nigdy tak nie zrobię.
  • Następnym razem się zatrzymam.
  • Będę spokojniejszy.

I czasem te słowa są szczere.

Problem w tym, że one są wypowiadane z poziomu świadomości.

A toksyczny tryb uruchamia się z poziomu pamięci emocjonalnej, ciała i starego systemu przetrwania.

Bez zmiany mechanizmu obietnica może być prawdziwa, ale bezsilna.

Bo człowiek po kłótni naprawdę chce inaczej.
Tylko że w kolejnej sytuacji napięcia nie spotyka się z teorią.
Spotyka się z automatem.

A automat nie pyta, jakie mam wartości.

On odpala to, co zna.

Właśnie dlatego tak ważne jest rozumienie własnych mechanizmów obronnych. Nie po to, żeby się nimi zasłaniać. Po to, żeby przestać udawać, że reakcje biorą się znikąd.

Tu pasuje też tekst Dlaczego nie umiesz odpocząć? Tryb czuwania, bo ten sam alarm, który nie pozwala odpocząć, potrafi później wejść w rozmowę z najbliższą osobą.

Toksyczny ja nie jest potworem

Najtrudniejsze do przyjęcia jest to, że toksyczny ja nie jest kimś obcym.

Nie jest potworem, którego można po prostu wyrzucić z siebie jednym postanowieniem.

To część mnie.

  • Część, która nauczyła się reagować w konkretnym domu.
  • Część, która myli sprzeciw z zagrożeniem.
  • Część, która kontrolę nazywa bezpieczeństwem.
  • Część, która nie umie znieść bezradności, więc próbuje odzyskać władzę nad sytuacją.

Ale to, że rozumiem jej źródło, nie oznacza, że mam dać jej prowadzić moje małżeństwo.

Przeszłość może tłumaczyć reakcję.

Nie może zwalniać z odpowiedzialności.

To zdanie jest dla mnie jednym z najważniejszych, bo przez długi czas można utknąć po dwóch stronach tej samej pułapki.

Albo udawać, że nic się nie stało.
Albo usprawiedliwiać wszystko dzieciństwem.

A prawda jest trudniejsza.

Tak, coś mnie ukształtowało.
Tak, wiele reakcji ma swoje źródło w domu, w którym dorastałem.
Tak, mój system nerwowy nauczył się żyć w napięciu.

Ale teraz to ja jestem dorosły.

I jeśli ranię, to nie wystarczy powiedzieć: mnie też kiedyś raniono.

Trzeba zobaczyć, co robię dalej.

Ten moment mocniej rozwinąłem w tekście Najtrudniejsze było przyznać, że to ja jestem problemem.

To nie jest tekst o prostych rozwiązaniach

Ten tekst nie ma dawać recept.

  • Nie ma udawać, że po nazwaniu schematu wszystko znika.
  • Nie ma robić z toksycznych zachowań „normalnej trudności”.
  • Nie ma zdejmować odpowiedzialności z człowieka, który rani.

Ma nazwać mechanizm, który często pozostaje nienazwany.

Że można nie chcieć być toksykiem i jednocześnie nim bywać.

  • Nie z powodu złej woli.
  • Nie dlatego, że człowiek jest z natury zły.
  • Nie dlatego, że relacja jest nieważna.

Tylko dlatego, że stary system przejmuje władzę w chwili napięcia.

Ale od tego miejsca nie wolno już iść w wymówki.

Bo świadomość mechanizmu to nie medal.
To zobowiązanie.

Jeśli wiem, że w stresie ranię, nie mogę dalej opierać zmiany na samych obietnicach.

  • Muszę zobaczyć, co dzieje się przed wybuchem.
  • Co uruchamia alarm.
  • Co robi moje ciało.
  • Jak brzmi mój głos.
  • Kiedy zaczynam walczyć o władzę zamiast o kontakt.
  • Kiedy chcę mieć rację bardziej niż relację.

Nie chcę być toksykiem.

Ale samo „nie chcę” nie wystarczy.

Dopiero gdy przestaję zasłaniać się intencją, mogę zobaczyć skutki.

A dopiero gdy widzę skutki, mogę zacząć naprawdę brać odpowiedzialność.

To nie koniec historii.

To jej początek.

P.A.WELLES